Moldova

Dziennik z podróży po Mołdawii na 3 dni

Kraina wina, klasztorów i marszałków.

Ona napisała 22 artykuły i obserwuje go / ją 2 podróżnicy
(1 ocena)
Dziennik z podróży po Mołdawii na 3 dni
Wstawiony: 17.06.2019
© gigaplaces.com
Nadaje się do:
Podróżnicy
Chcą tam:

Mołdawia, prawie zapomniany kraj w Europie, który wciąż czeka na swój turystyczny boom

1 dzień

Przylot do Mołdawii i Kiszyniowa

Kiedy ktoś mnie zapytał, dlaczego właściwie chcę jechać do Mołdawii, odpowiedź była prosta. Ponieważ jeszcze tam nie byłem. Kiedy przeglądałem różne strony o Mołdawii, wciąż było do zobaczenia tylko kilka ciekawych rzeczy, wśród których dominowały różne winiarnie, co z kolei nie jest dla mnie atrakcyjnym kierunkiem turystycznym. Ostatecznie zdecydowałem się zostać w tym kraju około 2,5 dnia korzystając z komunikacji miejskiej, co oznacza kolejne dwa dni w drodze. Do Kiszyniowa można polecieć samolotem, ale jest to przesiadka, a czas całego przelotu jest bardzo zróżnicowany, podobnie jak cena biletów. Właściwy poszukiwacz przygód jedzie autobusem. Tutaj trzeba wziąć pod uwagę czas jazdy około 24 godzin plus lub minus autobus, ponieważ jakość dróg w Mołdawii i wschodniej Rumunii po prostu nie jest idealna. Ponadto na granicach występują przestoje. Jeśli planujesz podróż autobusem do Mołdawii, nie znajdziesz dokładnych informacji na temat IDOS. Odjazdy i przystanki różnią się od rzeczywistości. Firmy zatrzymują się na stacjach benzynowych lub po prostu gdzieś w centrum miasta przy drodze i dzwonią do pasażerów telefonicznie, kiedy i gdzie przyjeżdżają. Nie będę opisywał faktu, że nasz autobus zepsuł się w Brnie, może tylko tyle, że niesamowite było, jak mołdawscy kierowcy dostali nowy autobus po 6 godzinach i 1400 km od domu. Podróż przebiegła bezproblemowo. Na obwodnicy Budapesztu na autostradzie dostaliśmy wyśmienitą zupę gulaszową (była w cenie biletu) oraz kilkakrotnie w trakcie podróży gorący napój i małą przekąskę. Na granicy z Mołdawią nastąpiło niewielkie opóźnienie, właściwie przeze mnie, jako jedynego strażnika spoza Mołdawii. Miałem około 20 minutowy wywiad, gdzie idę, dlaczego, gdzie mieszkam, pracuję, stan cywilny itp., Nawet w trzech językach. Najpierw po rosyjsku, potem kiedy wspomniałem o mojej pracy w Niemczech, przeszliśmy na niemiecki, aż wreszcie celnik zwierzył mi się, że kiedyś pracował w Czechach, a skończył w Czechach. W przeciwnym razie, jeśli nie mówisz po rumuńsku, rosyjski jest prawie koniecznością. Nie rozumiałem zbyt dobrze angielskiego. Do Kiszyniowa dotarliśmy spóźnieni zaledwie trzy godziny, zamiast wpół do dwunastej do około piątej. Tego dnia zaplanowałem tylko wycieczkę po Kiszyniowie. Hostel, który wybrałem znajdował się około 15 minut spacerem od miejsca, z którego wysadził nas autobus, więc udało mi się szybko zostać i odbyć krótką wycieczkę po stolicy. Musiałem też wymienić lokalną walutę. Tak więc lei mołdawskie MDL można znaleźć w wielu kantorach lub bankach w centrum miasta, prawie na każdym rogu. Kurs walutowy różnił się o około 1 leja za euro między najlepszym a najgorszym kursem wymiany, a jeśli szukasz, możesz również znaleźć kantor, w którym możesz wymienić korony czeskie. Mołdawia nie jest jeszcze jednym z miejsc, do których przyjeżdżają tłumy turystów, ale nawet tutaj sytuacja nieco się zmienia i podróżnicy zaczynają odkrywać ten kraj. Kiszyniów nie posiada klasycznego historycznego centrum, przejął je podczas nalotów w czasie II wojny światowej, dlatego w kilku miejscach miasta trzeba trochę odkryć zabytki. Najpierw kieruję się na główną ulicę Stefan cel Mare si Sfint, na której i wokół której znajduje się kilka atrakcji. Z jednej strony jest to lokalny ratusz z centrum informacyjnym, które jest otwarte w dni powszednie do godziny 19:00 i można dostać bezpłatną mapę miasta (podobnie jak w Czechach) oraz prostą mapę kraju z atrakcjami . W przeciwnym razie doświadczenie z zakupem map: w księgarniach mapy sprzedawane są również w formie broszur, które z pewnością byłyby u nas bezpłatne. Jest też Park Katedralny z łukiem triumfalnym i katedrą Narodzenia Pańskiego, po przeciwnej stronie znajduje się Park Centralny Stefana Wielkiego z kilkoma fontannami, w kolejnym bloku Parlament (typowy budynek z ZSRR) i naprzeciw nowo wybudowany pałac prezydencki (raczej przypominający renomowane firmy). Wciąż zapomniałem o gmachu Narodowego Teatru Opery i Baletu. Ostatnim budynkiem, do którego poszedłem, był kościół Przemienienia Pańskiego, a potem wróciłem. Za ratuszem widać salę organową i Teatr Narodowy. Charakter miasta nagle zaczyna się zmieniać. Nadchodzą wieżowce i bloki. Następnie udaję się na dworzec główny. Warto również wspomnieć o typowo „radzieckim” hotelu Kiszyniów. Po dużym rondzie otoczonym centrami handlowymi i Bulwarem Jurija Gagarina docieram do stacji. Budynek jest ładny, ale obecnie mało użytkowany. Istnieją 3 pociągi pasażerskie i około 5 pociągów dalekobieżnych z różnymi ograniczeniami podróży dziennie. Na stacji dokumentuję też dziwnie pomalowaną lokomotywę parową i wracam po opuszczonych kasach transportu podmiejskiego, które pamiętają lepsze czasy. Przejeżdżam jednak przez supermarket (sklepy są tu otwarte nawet do północy) i zatrzymuję się w restauracji w centrum handlowym na szaszłyki. Mam do wyboru szeroką gamę … wody mineralnej z Karlowych Warów do picia. Do hostelu jadą trolejbusem. Jest to najwygodniejsza możliwość transportu w Kiszyniowie, bilet kosztuje 2 LEI (2,50 CZK) i po wejściu na pokład przewodnik odnajdzie Cię w fioletowej kamizelce z krążkiem krążka zamontowanym na środkowym palcu i chętnie sprzeda bilet do ty.

Dzień 2

Klasztor Curchi i Stary Orhei

Następnego ranka wyruszyłem do klasztoru w Curch. W Mołdawii autobusy można dostać prawie wszędzie, a dokładnie w 90% są to marszałkowie, czyli mini i midibusy dla maksymalnie 20 pasażerów i zatrzymują się praktycznie w dowolnym miejscu na znaku. Są bardzo rozpowszechnione w krajach byłego ZSRR. Chociaż pojazdy te często jeżdżą bez rozkładu jazdy, w Mołdawii mają dokładne godziny odjazdu i są one przestrzegane. To tylko mały problem ze znalezieniem ich. Podobnie jak w Czechach istnieje IDOS, tutaj stworzyli stronę internetową dla tego transportu, www.autogara.md, na której można znaleźć połączenia. Ma tylko kilka haczyków, znajduje tylko bezpośrednie linie i tylko z dużych miast. Ponadto połączenia te nie obejmują wszystkich przystanków na linii. Kolejnym problemem jest istnienie czterech dworców autobusowych w Kiszyniowie, głównego, południowego, północnego i tak zwanego podmiejskiego. Po kilku godzinach poszukiwań dowiedziałem się, że autobus do Curchi to linia do wsi Ghetlova i właśnie ze stacji podmiejskiej o 9.30. Byłem trochę zdezorientowany informacją na mapach, że przystanek podmiejski znajduje się w odległości krótkiego spaceru od głównego dworca kolejowego. Cóż, spróbujmy metody wykluczania. Główny dworzec autobusowy w Kiszyniowie, znajdujący się na rogu ulic Metropolit Varlaam i Tighina, nie był problemem ze znalezieniem, a raczej problemem z określeniem, czym jest ten dworzec i jaki jest lokalny rynek. Wejście jest również nieco zamaskowane licznymi straganami ze wszystkim, co możliwe. Z informacji dowiaduję się, że do stacji podmiejskiej jest właściwie krótki spacer i machnięciem ręki ustalę kierunek… z grubsza. Niemniej jednak kosztowało mnie to jeszcze cztery pytania (na stacji jest kilka kas fiskalnych), zanim znalazłem to, czego szukałem. Ta stacja dla połączeń podmiejskich jest w rzeczywistości kontynuacją głównego dworca na ulicy o pierwszej nazwie i ma własne kasy fiskalne (ale bardzo dobrze widoczne wśród straganów). Musiałem jednak pani przypomnieć, dokąd w ogóle idzie połączenie, kiedy wymówiłem nazwę klasztoru, nie wiedziała, co mi sprzedać. Chwała więc, pokazuję bilet kierowcy i jeszcze bardziej cieszy mnie jeden fakt, że pojazd ma czasy odjazdu i powrotu na tabliczce kierunkowej, więc przynajmniej wiem, kiedy jedzie. Podróż trwa około półtorej godziny, wyruszamy ze stolicy czteropasmową, wyboistą drogą. Nie wiem, czy mają tu prewencyjną operację drogową, czy tylko lokalni policjanci muszą zarabiać na wypłatach, ale na czterdziestoki­lometrowym odcinku do Orhei policzę trzy patrole zatrzymujące samochody. Samochód nie jest pełny, a podróż przebiega dość sprawnie. Muszę tylko podążać za znakami, ponieważ nie ma raportów zatrzymania. Marszałek wyrzuca mnie na główną drogę, skąd jest jeszcze około 500 metrów do klasztoru. Jest też ładny, betonowy przystanek autobusowy (jak prawie wszędzie), ale bez rozkładów jazdy. Wyruszyłem z wioską z zaledwie kilkoma domami. Lokalny kolor to klasyczne studnie z wyciągarką, choć wiele z nich nie jest już dziś używanych, które znajdują się zarówno w domach wzdłuż drogi, jak i w sadach, winnicach czy pastwiskach. Jest też sklep otwarty do wieczora (jak prawie wszędzie w Mołdawii). Dojeżdżam na parking, na który właśnie przyjechał szkolny autobus z dziećmi i ich nauczycielami, chustami, bo kobiety mają dostęp do prawosławnych świątyń tylko z nakryciem głowy. Zwykle można tam również pożyczyć szaliki. Naprzeciw parkingu znajduje się jezioro Lacul Curchi, skąd roztacza się pierwszy zapierający dech w piersiach widok na klasztor. Przed bramą wjazdową do klasztoru znajduje się kaplica ze studnią. Klasztor ten to zespół pięciu kościołów, które budowano nieprzerwanie w XVIII i XIX wieku. Kościół Narodzenia NMP pochodzi z 1775 roku. Istnieje kilka legend o założeniu klasztoru, z których jedna mówi, że klasztor został założony w 1773 roku przez braci Curchi. W czasach ZSRR istniał szpital psychiatryczny, a 17 lat temu cały kompleks został zrekonstruowany. Wnętrza kościołów są piękne, ale oczywiście szanuję tu zakaz fotografowania. Znajduje się tu również sklep klasztorny, w którym oprócz pomocy religijnych dostępne są również magnesy. Niedaleko klasztoru znajdują się jaskinie, w których nadal mieszkają pustelnicy. Po wycieczce wracam na dworzec autobusowy, według moich obliczeń może to zająć pół godziny. Po chwili stania zatrzymuje mnie młody człowiek ze używanym BMW (Mołdawia jest takim niemieckim second handem pod względem samochodów) i proponuje podwiezienie do Orhei. Mówi tylko po rumuńsku, więc droga jest wypełniona głównie głośną mołdawską muzyką ludową (która wszak gra prawie wszędzie w środkach transportu). Zabierają mnie na dworzec autobusowy. Daję mu 10 LEI i idę poprosić o połączenie z Orheiul Vechi. Mam szczęście, za dziesięć minut i to ostatnie połączenie tego dnia. Młody człowiek z BMW nieświadomie zaoszczędził mi dużo czasu. Ponieważ nie wiem dokładnie, gdzie wysiąść, dojeżdżam na obrzeża wsi Trebujeni. Właściwie to dobrze, bo lepiej widzę dolinę rzeki otoczoną wyrzeźbionymi w skałach klasztorami (mnisi już tu wracają) i pozostałości łaźni tatarskich tuż za wsią. Orheiul Vechci (Stare Orhei, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO) jest właściwie stanowiskiem archeologicznym w dolinie rzeki Rautului. Miejsce to było zamieszkane od XII do XVI wieku, kiedy to mieszkańcy przenieśli się do dzisiejszego miasta Orhei (oddalonego o około 15 km). Wracam drogą, którą dotarłem na wzgórze do skrzyżowania, skąd jest dolina z kościołem św. Marie w dłoni. Pozostałości twierdzy. Po drodze zatrzymuje mnie starzec z wozem konnym i jeśli nie chcę mnie uwieść. Grzecznie odmawiam, spodoba mi się też moje stopy. Idę drogą do centrum dla zwiedzających, które jest niestety zamknięte. Niektóre napisy (tylko po rumuńsku) informują o uiszczeniu opłaty za wstęp, ale nigdzie nikogo, więc przekraczam rzekę przez most i zaczynam się wspinać do kościoła. Mniej więcej w połowie drogi do kościoła babuszka siedzi i sprzedaje magnesy. Kościół pod wezwaniem św. Marii i rozciąga się z niego wspaniały widok na dolinę. Około 200 metrów za nim znajduje się kamienny krzyż z XVIII wieku, który nadaje całemu widokowi wyjątkową atmosferę. Faktycznie jesteśmy na cyplu, a rzeka stwarza tu takiego asa, że można ich zobaczyć zarówno we wsi Trebujeni, jak i po drugiej stronie we wsi Butuceni. I tam właśnie schodzę. Znowu witają mnie studnie wyciągowe, jest też małe muzeum, typowy mały dom, jako przykład lokalnej architektury, niezbędny otwarty sklep i też spotykam kilku obcokrajowców. Na końcu wioski znajduje się niewielki budynek, przed którym znajduje się niewielki, symbol informacji i restauracji w jednym. Wchodzę. Taka informacja oznacza w zasadzie poproszenie miejscowej babuszki w fartuchu, a ona będzie wiedziała, czy wie. Pytam o wyjazd ptasie mleczko do Kiszyniowa, a skoro mam 2 godziny to będę miał coś do jedzenia, bo Babuszka też jest kelnerką i chyba kucharką. Jadę menu po rosyjsku, ale przy drugim wybranym posiłku babcia mówi mi, że „Éto nět”. Pytam więc, co mogę zamówić z mięsem i otrzymuję podstawową odpowiedź, że „mjaso nět”. Tak więc zrobią to barszcz czerwony i „Vareniky“, które są czymś w rodzaju pielmieni, ale bez nadzienia i podawane ze śmietaną i sosem czosnkowym. Miejmy więc nadzieję, że nie wpłynie to na późniejszą częstotliwość niektórych działań. Mam jeszcze czas, więc idę na spacer. Kiedy wracam, kilka kobiet podchodzi do drogi i jednocześnie rejestruje piankę jadącą do wioski. Że zaraz wróci? Więc tak, jest godzina za wcześnie, ale dam sobie radę. Nadal mam krótki spacer po Kiszyniowie na wieczorny spacer, więc zamierzam zobaczyć piękną niebieską katedrę św. Teodora, inaczej nazywana Ciuflea. Jest wczesny wieczór i trwa modlitwa, więc katedra jest pełna ludzi.

Dzień 3

Klasztor Hírjauca i kontynuacja Kiszyniowa

Następnego dnia nie mogę się oprzeć swojemu wielkiemu hobby i muszę wsiąść do pociągu. Jak już pisałem, pociąg to raczej rzadkość w Mołdawii, dlatego rano wybieram pasażera w kierunku Ungheni i jako stację docelową Calarasi, z zastrzeżeniem, że będę musiał wrócić promem. Cena biletu jest bardzo niska na 50 km, zapłaciłem około 12 CZK. Nie ma tu przejść podziemnych, więc na drugi peron muszę udać się torami, co nie jest zbyt niebezpieczne ze względu na natężenie ruchu. Pociąg, w którym siedzę, byłby perłą ze zbiorów muzealnych w większości krajów na zachód od Mołdawii, ale tutaj spełnia swoją codzienną rolę. Wchodzę do lokomotywy z lat 60-tych, drzwi wejściowe nie mają okien, więc po zamknięciu strefa wejściowa jest pogrążona w ciemności, ławki są drewniane a toaleta zamykana dla bezpieczeństwa. Mimo to w pociągu jest sporo osób, na pierwszym przystanku jest nawet grupa młodych ludzi z matami i plecakami, jakby szli na boćwinę. Nadchodzi przewodnik. Pasażerowie w pociągu są podzieleni na dwie grupy, jedni mają bilet i „zaznaczają” go łamiąc, a drudzy nie mają biletu i po cichu przekazują niewielką kwotę kierowcy, który wpisuje go do dziennika jego ręka. Podobnie jak na Ukrainie, ale ze względu na natężenie ruchu audytorzy prawdopodobnie o tym nie wiedzą, więc przewodnik ma dodatkowe dochody. Podróż do Calarasi trwa około półtorej godziny na takiej „rozważnej” przejażdżce. Tutaj przejeżdża nadjeżdżający pociąg (ta sama jednostka, ale zmodernizowana) i idę w kierunku centrum, aby znaleźć dworzec autobusowy. Na szczęście nie muszę daleko iść. Około 500 metrów od dworca kolejowego znajduje się również przystanek autobusowy. A tuż przy krawędzi widzę samochód z napisem Kiszyniów. Świetnie, więc kup bilet, żebym mógł złapać planowany wyjazd o 10.45. Ale błąd kładki, biletu nikomu nie pokazałem, bo kierowca gdzieś był poza domem i nawet nie odczytałem godziny wyjazdu. Marszrutka odjechała, ale w przeciwnym kierunku. Początkowo myślałem, że nadal jedzie przez miasto, aby zebrać jak najwięcej ludzi, ale im dłużej jechaliśmy, tym bardziej zaczynałem rozumieć, że się mylę. Jedynie tablica wskazująca na klasztor wyciągnęła mnie z wykopu. Przynajmniej coś. Holt, muszę zmienić dzisiejszy cel. Wysiadłem w sanatorium w Codro, a raczej zostałem tam wysadzony, a jeszcze lepiej na drodze nad sanatorium, gdy inni pasażerowie zaczęli się zastanawiać, dokąd właściwie jadę. Oprócz samych obiektów uzdrowiskowych zobaczyłem jednak piękny żółty kościół i ścieżkę dookoła jeziora w sąsiedniej wsi, więc jasne, że chcę to zobaczyć. Najpierw jednak zapytałem na przystanku miejscowych, o której ptasie mleczko pojechało do Kiszyniowa i dowiedziałem się, że mam dwie i pół godziny. Po sanatorium chodzę do klasztoru. Jej powstanie pochodzi z 1740 roku i już wtedy znane były tu źródła lecznicze. Klasztor ten był także letnią rezydencją mołdawskiego metropolity. W latach pięćdziesiątych XX wieku klasztor został zamknięty i stał się częścią miejscowego sanatorium. Został odrestaurowany w 1993 roku. Jednak nazwa klasztoru to Hírjauca i jest taka sama jak moja wioska, do której jadę. To jakieś 2 km stąd i jadę tam szosą, bo nie jestem pewien czy da się chodzić po jeziorze. Ścieżka prowadzi wokół winnic, a później wokół lokalnych winnic. We wsi jest gimnazjum, w którym trwa przerwa, a miejscowe dzieci przyglądają mi się z zaciekawieniem przez chwilę, zanim wyciąga je dzwonek oznajmiający koniec przerwy. Przychodzę do kościoła (niestety nawet wszechwiedzący Google nic mi nie powiedział o tym tabernakulum) i fotografuję prawie z poziomu gruntu, bo kościół jest ogrodzony i trudno robić zdjęcia. Następnie znajduję drogę do jeziora i wracam wokół jego brzegów. Ani z wieloma wędkarzami, którzy tutaj próbują szczęścia, ani z pasącymi się końmi, moja obecność nie będzie mi przeszkadzać … no cóż, oni chyba są tu przyzwyczajeni do pacjentów. Jest jeszcze czas i na przystanku rozmawiam z „nauczycielką”, emerytką, która wraca z leczniczego pobytu w sanatorium, opowiada mi o tutejszych źródłach leczniczych, a także o tym, że była już w Pradze. Marszałek znów jest punktualny, więc około wpół do trzeciej wracam do Kiszyniowa. Chcę zobaczyć kolejny zabytek, który polecił mi kierownik hostelu, a mianowicie punkt widokowy i muzeum w dawnej wieży ciśnień. Znajduje się na ulicy Alexei Mateevici, została zbudowana pod koniec XIX wieku i odnowiona w muzeum w latach 80-tych. Na czterech piętrach znajdują się artefakty z historii Kiszyniowa, na ostatnim piętrze, 22 metry nad ziemią, znajduje się sala, w której odbywają się również koncerty i wesela oraz taras widokowy. Kiszyniów nie ma wielu dominant, jest raczej miastem parków i zieleni, ale mimo to jest to dobry uczynek i za symboliczną opłatę za wstęp w wysokości 12 CZK. Znajdujemy się w pobliżu uczelni, w dzielnicy ambasad, a także teatrów. Niedaleko stąd można dotrzeć do jeziora Lacul Valea Morilor, które służy wypoczynkowi w Kiszyniowie. Aż do wody można obejść altanę i sąsiadujące z nią kaskadowe fontanny kończące się na powierzchni. Poziom wody otoczony jest wówczas z trzech stron parkiem, w którego wnętrzu znajduje się np.Zielony Teatr, a potem także specjalna ciekawa wieża, coś pomiędzy nadajnikiem a wieżą widokową, z czubka której się na ramiona. obie strony. Później dowiedziałem się, że była to wieża do szkolenia spadochroniarzy i akrobatów. Jeszcze nie jadłem i mam szczęście. Świetny lunch za darmo. Nie, nie ma restauracji, w której nie musisz nic płacić, ale nieświadomie przygotowałem się na wielkie otwarcie restauracji Kebab, więc miałem darmowe jedzenie. Teraz muszę tylko wracać do domu na ostatnią noc i wychodzić o wpół do ósmej rano. Dobrze, że zgodziłem się na przylot skąd odjedzie, bo miejsce wyjazdu na bilecie było zupełnie gdzie indziej. W drodze powrotnej nic specjalnego się nie wydarzyło, dlatego warto wspomnieć chociażby o przystanku w rumuńskim motelu na znakomitą kurczakową Ciorbę. Muszę powiedzieć, że Mołdawia miło mnie zaskoczyła, znajdziecie sporo mało odkrytych miejsc, nie doświadczyłam żadnych wtargnięć ze strony miejscowej ludności, bezpańskie psy wskazywane na bedekry były nieliczne i tylko w stolicy a jedynym minusem było to, że musiałem przyjdź na długi czas. Cóż, może innym razem.

Kiszyniów

Katedra Metropolitalna w Parku Katedralnym.

Kiszyniów
Autor: Petr Klauda © gigaplaces.com
Kiszyniów, wieża ciśnień.
Autor: Petr Klauda © gigaplaces.com

Kiszyniów, wieża ciśnień.

Dawne wodociągi z muzeum i widokiem w dyplomatycznej dzielnicy Kiszyniowa

Kiszyniów, Łuk Triumfalny

Stolica Mołdawii również ma swój „łuk triumfalny”

Kiszyniów, Łuk Triumfalny
Autor: Petr Klauda © gigaplaces.com
Kiszyniów, Pałac Prezydencki
Autor: Petr Klauda © gigaplaces.com

Kiszyniów, Pałac Prezydencki

Pałac Prezydencki w Kiszyniowie bardziej przypomina nowoczesną siedzibę renomowanej firmy

Kiszyniów, Valea Morilor Park
Autor: Petr Klauda © gigaplaces.com

Kiszyniów, Valea Morilor Park

Kaskadowe fontanny i altany dodają niepowtarzalnego wyglądu Valea Murilor Park.

Klasztor Curchi
Autor: Petr Klauda © gigaplaces.com

Klasztor Curchi

Klasztor nad brzegiem jeziora o tej samej nazwie, zbudowany od 1775 roku.

Orheiul Vechi

Tego poglądu nie może zabraknąć w żadnym przewodniku. Kamienny krzyż w pobliżu kościoła Mariackiego na terenie dawnego osiedla Starego Orhei.

Orheiul Vechi
Autor: Petr Klauda © gigaplaces.com

Klasztor Hírjauca

Piękny klasztor, który jest częścią sanatorium w Codro.

Klasztor Hírjauca
Autor: Petr Klauda © gigaplaces.com

Jezioro Hírjauca

Przyjemny krajobraz z jeziorem w pobliżu wioski Hírjauca.

Jezioro Hírjauca
Autor: Petr Klauda © gigaplaces.com

Hírjauca, mały kościół

Wieżę tego kościoła widziałem z sanatorium w Codro, jakieś 2 km dalej, więc do niej poszedłem

Hírjauca, mały kościół
Autor: Petr Klauda © gigaplaces.com
Oklaskuj autora artykułu!
Udostępnij to:

Praktyczne informacje

Dzięki!

Czy byłeś tam? Napisz recenzję tego miejsca

Już ocenione 1 podróżny

Czy byłeś tam? Napisz recenzję tego miejsca

Musisz być zalogowany, aby opublikować recenzję lub