Szwajcaria

Niespodziewane spotkanie w górskim kurorcie Arosa

Góry i ortodoksyjni Żydzi w jednym miejscu

Ona napisała 3 artykuły
(1 ocena)
Niespodziewane spotkanie w górskim kurorcie Arosa
Wstawiony: 15.11.2019
© gigaplaces.com
Nadaje się do:
Poszukiwacze przygód
Turyści
Podróżnicy

Odwiedziłem Aros z polecenia znajomego. Ale jak zachowywać się w obecności 80% populacji ortodoksów nie polecało mi tego.

Witamy w Arosa

Niedźwiedzie, Żydzi i obóz samoobsługowy

Planując wyjazd do Szwajcarii i towarzyszące mu wyjazdy w czerwcu, nie spodziewałem się, że zaskoczy mnie Arosa – górska wioska w szwajcarskim kantonie Gryzonia. Około południa mijamy miasteczko Chur (598 m n.p.m.), w którym nie zatrzymujemy się ze względu na temperaturę 24 ° C, mimo że było to ujęte w pierwotnym planie. Powoli odcinamy się od 30 km do celu, który mamy teraz przed sobą. Wspinamy się wąską, górską drogą, wyłożoną stromym zboczem. Po kilku kilometrach ręce zaczynają się pocić, po kolejnych kilku kilometrach tracę kolor i głos, po kolejnych kilku kilometrach zatrzymuję się i robię wydech. Dlaczego? Ponieważ dzięki niesamowitym serpentynom w połączeniu z charakterem drogi czuję się jak rajdowiec, nie muszę kręcić kierownicą, a mojej kinetozie w ogóle się to nie podoba. Rozumiem, że źle się czuję jako pilot, ale prawdopodobnie nie doświadczę, że źle się czuję jako kierowca poza drogą do Arosy. Po godzinie takiej jazdy, wyczerpani i bladzi jak ściana, docieramy do znaku „Welcome to Arosa”, który wyraźnie wskazuje mi, że w końcu dotarliśmy dzisiaj do celu. Juchůůůůů. Jest 16:30 i nie mogę się doczekać piwa, leżenia na podłodze i oddychania, że ta sama podróż czeka mnie kilka dni wstecz. Niezwykłe spotkanie Kiedy jadę przez Arosę z zamiarem znalezienia parkingu, po drodze widzę ludzi o innym wyglądzie, niż byłam przyzwyczajona. Czarne ubranie, ciemne, długie spódnice, czapki na głowach i psy – poskręcane loki na piersiach. Tak, to Żydzi, ultraortodoksyjni Żydzi z Izraela. Są przewożeni dorożką dookoła lokalnego jeziora Obersee i pokazują swoją pozycję w społeczeństwie. To mnie interesuje, ale nie kładę na to dużego nacisku, bo teraz mam inne zmartwienia. Niedźwiedzie, gdzie szukam Mapa nie pokazuje szukanego przeze mnie kempingu, dlatego postaram się znaleźć drogę do centrum informacyjnego. Zaraz za wejściem patrzy na mnie ogromny pluszowy miś. Kilka kroków od niego wszędzie wiszą plakaty z misiami, zdjęciami, pocztówkami, wisiorkami, pamiątkami itp. Nie wiem, co o tym myśleć. Więc pytam pracownika przy ladzie, dlaczego niedźwiedzie są wszędzie, czy są na wolności lub co to znaczy. Odpowiedź, którą otrzymuję, uspokaja mnie. Są tu 3 niedźwiedzie, które mieszkają w „Rezerwacie Niedźwiedzi” w pobliżu środkowej stacji kolejki linowej na Weisshorn. Uff, przynajmniej coś pozytywnego. Kryzys w Infocentrum Pora na najważniejszą rzecz, czyli znalezienie pola namiotowego (https://www.campingarosa.ch/). Na mapie młoda dama z Infocentrum okrąża mnie miejsce na ulicy Cholgruobaweg, do którego muszę iść i daje mi kilka zadań: 1. dojechać 2. zarejestrować się 3. wrócić do centrum informacyjnego z formularzem 4. następnie wydajemy Arosa All Inclusive Card 5. i musisz zrobić to wszystko do 18:00, potem zamykamy. Patrzę na zegarek, który pokazuje, że na wykonanie powyższych zadań mamy 50 minut. Mam totalny kryzys i pytam, co ja tu robię sam? Biorę głęboki oddech i kieruję się na wschód. Obóz samoobsługowy Po przyjeździe do obozu, który znajduje się zaledwie 1,5 km od centrum, szukam osoby, u której bym się zarejestrował na pobyt. Nikt nigdzie, tylko puste krzesła, formularze i długopisy. Dlatego odwracam się i pytam starszą parę z Holandii, kiedy ta osoba przyjedzie, abym mógł się zgłosić. Tym razem odpowiedź nie jest tak korzystna, jak kilkadziesiąt minut temu w przypadku niedźwiedzi w centrum informacyjnym. Pan mówi mi, że nikt nie przyjdzie, że jest to odprawa samoobsługowa. Jak samoobsługa? W ogóle nic nie rozumiem. Więc razem wchodzimy do pokoju z pustym krzesłem, formularzem i długopisem, z którego właśnie uciekłem, i teraz wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Dla mnie puste krzesło, bo zajmie mi to dużo czasu, 4× formularze po niemiecku, o których mówiła pani w centrum informacyjnym i długopis na wypadek, gdybym nie miał własnego. I kończy mi się czas na wszystko. Kiedy Holender stwierdzi, że wystarczająco mi to wyjaśnił, wychodzi z pokoju. Na próżno szukam słowa w języku angielskim, więc intuicyjnie wypełniam wiersz po wierszu, denerwuję się, przysięgam, obserwuję zegarek. Po 30-minutowej lekcji niemieckiego wskakujemy do samochodu i wracamy do centrum informacyjnego. Jest 17:50. Dosłownie rzucam papiery na stół, chowam głowę w dłonie i dopiero teraz wstrzymuję oddech. Ale mój spokój i radość z mistrzostwa nie trwa długo, bo zdaję sobie sprawę, że przez następne dni nie mam nic do jedzenia. Na dworze było gorąco, w aucie jeszcze bardziej, Pedro ze mną. Nie było mowy, żebym zostawił go związanego przed sklepem, w którym 80% klientów to Żydzi, którzy panikują z powodu psów. Jakby zostawić go w samochodzie. Wśród myśli o zakupie otrzymuję resztę formularzy oraz Kartę Arosa All Inclusive, na podstawie której mamy darmowy przejazd kolejkami linowymi. Mogę więc wymyślić jedyny sposób na zakup – zapytać personel centrum informacyjnego, czy Pedro się mną przez jakiś czas opiekuje. Wywiad wyglądał mniej więcej tak: Ja: „Czy mógłbyś zaopiekować się moim psem, kiedy ja będę musiał zrobić zakupy? Nie chcę zostawiać go poza sklepem, aw moim samochodzie jest dla niego za ciepło. ”(Czy możesz zaopiekować się moim psem, czy muszę robić zakupy? Nie chcę zostawiać go na zewnątrz przed sklep i samochód są dla niego za gorące.) Centrum informacyjne: „Hmmmm, mnnnnoooo …… ..” Patrzą na siebie pytająco i pytają swojego przełożonego, czy ma z tym problem. W końcu odpowiadają: „Tak, oczywiście, nie ma problemu”. Ja: „Dziękuję bardzo, wrócę za kilka minut, dziękuję.! (Dziękuję bardzo, wrócę za kilka minut, dziękuję) Mijam Pedro i ruszam do wyjścia. Odwracam się i wzywam Infocentrum: „Hej, tak przy okazji, nazywa się Pedro.” (Tak, a przy okazji, ma na imię Pedro). Lecę jak szmata na patyku w sklepie, szczególnie po to, żeby nie zapomnieć kupić dziewczynom trochę czekolady. O 17:59 wbiegam z powrotem do centrum informacyjnego z torbą w dłoni, dziewczyny się uśmiechają, Pedro leży szczęśliwy pod stołem. Wymieniam czekoladę na Pedro, żegnam się i krok po kroku idziemy prosto do samochodu i do obozu. Ale jeszcze nie wszystkie obowiązki się skończyły. Kto rozbije namiot i przygotuje obiad? Wieczorem stoi Arosa Stan, nasze brzuchy są pełne Pedro, a mimo to wciąż znajduję w sobie siłę i energię na wieczorny spacer po mieście. Słońce powoli zachodzi, a centrum Arosy ożywa. Tutejsze puby, restauracje i bary są nie tylko pełne turystów, ale także dziesiątki, jeśli nie setki Żydów udających się do hotelu Metropol na modlitwę. Są pięknie zadbane, niektórzy nawet noszą na głowach ogromne, włochate, czarne czapki. Wszystkie mają te same, charakterystyczne cechy – ciemne oczy, brwi, ciemne włosy, duży nos, wydłużoną twarz. Gdy mijam Hotel Metropol, z wnętrza dobiega dziwny jęk, postacie kołyszą się i tradycyjny zapach. Próba udowodnienia Wczesnym rankiem następnego dnia ruszyliśmy pieszo przez miasto do kolejki linowej. Pierwszą osobą, którą spotykam rano, są Żydzi udający się ponownie do hotelu Metropol na poranną modlitwę. Boją się tych ludzi, są tacy nieczytelni, zimni. Jestem ciekawa i mam dużo pytań, ale nie odważę się do nikogo zwracać. Kiedy mijam grupę Żydów, potajemnie wyciągam telefon i klikam… Chwilę później tak się boję, że od razu usuwam zdjęcie. Więc nie mam nawet żadnego dowodu, żadnego autentycznego zdjęcia. Ale tego, jakie doświadczenie we mnie pozostawiło, nie zastąpi zdjęcie. Mojżesz Kolejną niespodzianką dla mnie jest to, że ze snu nad jeziorem Ęlplisee w drodze z Parpaner Rothorn budzi mnie okrzyk „Mojżesz, Mojżesz”. Zdezorientowany wstaję i widzę to, czego nie widzę? Grupa 8 Żydów, 2 dorosłych mężczyzn i 6 dzieci. Każdy chłopiec miał na imię Mojżesz. Więc subtelnie ich obserwuję, ich zachowanie, język, kulturę i ubiór. To ludzie tacy jak my, ale są dla mnie bardzo wyjątkowi. Ciągle przez głowę przelatuje mi wiele pytań, na które odpowiedzi zapewne znajdę w domu w internecie. Jeszcze kilka razy spotykam Żydów podczas mojego pobytu w Arosie, nie jest wcale trudno ich spotkać. Kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy, obejrzałem się z szeroko otwartymi ustami, kiedy minąłem ich na czczo, spojrzałem za siebie z tym samym zdziwieniem jak za pierwszym razem. To dla mnie niesamowicie potężne doświadczenie. Chciałbym również wspomnieć o szczycie Parpaner Rothorn 2899 m n.p.m. Tym razem kolejką jedziemy tylko do Hörnli Hütte, a resztę pokonujemy samodzielnie. Krajobraz jest piękny, ale w porównaniu z tym, co pokazuje nam wspomniany szczyt, to nic. Po 2 godzinach przekraczamy język śniegu i wkrótce po nim wchodzimy do wywierconego w skale tunelu. To dziwne, kto spodziewałby się takiego tunelu w górach. Jednak charakter gór zaczyna się zmieniać w księżycowy krajobraz, trawa, zieleń, kwiaty zanikają i odwrotnie, kamienie, żwir i siła wiatru rośnie. Po ostatnim stromym podejściu z wysuniętym językiem dochodzimy do górnego krzyża, skąd rozpościera się piękny widok na okolicę. Czuję się jak na innej planecie, kamienie wyglądają jak wyschnięta lawa, bawią się wszystkimi kolorami, bez śladu życia, bez zieleni, nic. Opustoszały, pusty, martwy. To właśnie sprawia, że krajobraz jest tak tajemniczy i magiczny. Do tego wszystkiego człowiek z ogromnym rogiem alpejskim stoi kilka metrów poniżej i gra piękne melodie, które mają może 1000 ech. W połączeniu z „martwym” krajobrazem jest to wyjątkowe przeżycie na całe życie. Widok z samolotu pada całą noc, prognoza nie jest wcale korzystna, ale nie chcę zaakceptować tego, że spakuję swoje kilka śliwek i odlecę z powodu deszczu. To nie ja. Chociaż dwa dni temu byliśmy już na Weisshorn 2653 m n.p.m. coś mnie tak ciągnie, że o godzinie 10 wyruszyliśmy do kolejki linowej Weisshorn, aby pożegnać się z Arosą w płaszczu przeciwdeszczowym dla Pedro i kurtce Goretex. Kiedy stoję na górze i widzę jagnięta na niebie, nie żałuję swojej decyzji. Nocny deszcz zmienił krajobraz w piękne tło. Czuję się jak w samolocie. Nade mną błękitne niebo, pode mną chmury. To niesamowite. Nie mogłem sobie wymarzyć innego pożegnania. Ostatni dzień i takie piękno. Po godzinie spędzonej na szczycie kierujemy się do schroniska Hörnli Hütte, gdzie „rękami i nogami” zamawiam jedzenie z lokalnej farmy – talerz z serem, bekonem, salami i domowym pieczywem. Do tego oczywiście piwo, po którym droga w dół minęła mnie jakoś za szybko. A na deser ciepłe ciasto z bitą śmietaną i kawą. Zaraz pęknie mi żołądek, więc płacę 37 CHF i jedziemy na kemping po mżawkę. Wkrótce zaczyna padać, potem deszcz zamienia się w ulewę i nadchodzi burza. Ten stan utrzymuje się do rana. Heroiczny wyjazd Nadszedł dzień wyjazdu. W deszczu, mgle i spalonej twarzy pakuję namiot i wiedząc, co mnie czeka przez następne 30 km, wyjeżdżamy z Aros. Zwracam Kartę All Inclusive w Infocentre, żegnam się z obsługą. Ze względu na niesprzyjającą pogodę droga powrotna jest jeszcze gorsza, niestety serpentyny pozostały serpentynami, nachylenie przy krawężniku pozostało stokiem, nic się nie zmieniło. Tylko stroma wspinaczka zmienia się teraz w strome zejście. Staram się być twardy, fajny, ale ma jeden haczyk. Właściwie dwa. Stopa na pedale hamulca nie przestaje działać i zaczynam się bać zgrzania klocków hamulcowych. Innym haczykiem jest to, że wycieraczki idą sto sześć, zaczynam się obawiać, że spadną na mnie. A potem naprawdę umieramy. Jednak przybywamy do Chur w takim samym, jeśli nie gorszym stanie psychicznym, jak kilka dni temu w Arosie. Żywy, zdrowy, a inni to tylko drobiazgi. Jest to dla mnie tym potężniejsze, a za każdym razem, gdy mówię Arosa, od razu myślę o dwóch rzeczach: niezapomnianej przejażdżce górską drogą i Żydach. Dopiero wtedy pojawią się inne doświadczenia, takie jak niedźwiedzie, samoobsługowy obóz, piękne góry, wędrówka do Parpaner Rothorn lub na przykład obżarstwo na Hörnli Hütte. Tak właśnie doświadczyłem Arosy. Niezwykle, dramatycznie, ale pięknie.

Jedyny kemping w Arosie

Wysokiej jakości wyposażenie kempingowe

Jedyny kemping w Arosie
Autor: Monika Kupcová © gigaplaces.com

Daszek Parpaner Rothorn

Można też skorzystać z kolejki linowej z Lenzerheide, ale polecam spacer, naprawdę warto

Daszek Parpaner Rothorn
Autor: Monika Kupcová © gigaplaces.com

Bear Sanctuary, Arosa

Jest to „pole” z trzema niedźwiedziami uratowanymi z cyrku i restauracji z Albanii

Bear Sanctuary, Arosa
Autor: Monika Kupcová © gigaplaces.com
Oklaskuj autora artykułu!
Udostępnij to:

Praktyczne informacje

Dzięki!

Czy byłeś tam? Napisz recenzję tego miejsca

Już ocenione 1 podróżny

Czy byłeś tam? Napisz recenzję tego miejsca

Musisz być zalogowany, aby opublikować recenzję lub