Chile

Torres del Paine Dziennik z podróży 2017

Na trasie słynnego W-Treka

Ona napisała 1 artykuły
(2 ocena)
Torres del Paine Dziennik z podróży 2017
Wstawiony: 30.08.2018
Autor: Luděk Sztefek © gigaplaces.com
Byli tam:
Chcą tam:

Marzenie się spełniło i nasza czteroosobowa grupa wyruszyła w pełną przygód podróż do dzikiej Patagonii po drugiej stronie świata w lutym 2017 roku. Mieliśmy wycieczki w trzy rejony, które najbardziej nas interesowały – w Argentynie był to Park Narodowy Los Glaciares z gigantycznym Fitz Roy i lodowcem Perito Moreno. Na południu dzika i nieokiełznana Kraina Tyru i góry Sierra Valdivieso. W Chile mieliśmy okazję odbyć tzw. „W trek” wokół ostrych wież Torres del Paine. I teraz tam idziemy

Droga do Torres del Paine

Przed samą podróżą – gdzieś w listopadzie – dowiedzieliśmy się, że zasady w Parku Narodowym Torres del Paine uległy całkowitej zmianie. Ze względu na dużą liczbę odwiedzających konieczne było wprowadzenie środka polegającego na tym, że każda osoba zainteresowana wejściem do parku musi teraz wcześniej zarejestrować się i zarezerwować miejsca na poszczególnych polach namiotowych. Kupiliśmy już bilety, wszystko było gotowe, ale z obozów otrzymywaliśmy tylko negatywne odpowiedzi ze względu na pojemność, lub nie otrzymywaliśmy żadnych. Nie chcieliśmy tak łatwo się poddawać. Po wylądowaniu w Punta Arenas w Chile okazało się, że zostawiliśmy trochę bagażu. Mimowolnie spędziliśmy więc kilka dodatkowych godzin na lotnisku, więc złapaliśmy ostatni autobus na północ – do miasteczka Puerto Natales, które było naszym punktem wyjścia do parku narodowego. Autobus wypluł nas w środku miasta po północy. Byliśmy senni, lekko zdezorientowani, a jedyne, czego chcieliśmy, to biwakowanie i spanie. Ze względu na zaawansowaną porę nocną cieszyliśmy się, że miły tubylec doradził nam, gdzie możemy się zatrzymać. Wędrowaliśmy przez chwilę po mieście, tu i ówdzie złapał nas jeden z miejscowych, żeby się z nim przespać. W końcu znaleźliśmy to, czego szukaliśmy – obóz kandydatów za rozsądne pieniądze, gdzie wciąż mieli miejsce i gdzie wpuszczali nas na noc. Prawdopodobnie z powodu drastycznej zmiany strefy czasowej pojechaliśmy autobusem za niechrześcijańskie pieniądze do Torres del Paine. To było wściekłe. Nasze bilety się nie powiodły. W dodatku inny autobus tego dnia nie kursował, a wizja kolejnego dnia i nocy w mieście nie dodała nam nastroju. Na stacji stały stare taksówki, więc nie wyszło. Uzgodniliśmy między sobą, że pójdziemy po sto tysięcy chilijskich pieniędzy, a nie więcej. Na koniec spoliczkowaliśmy taksówkarza i za 80 000 (około 1500 CZK na osobę) zabraliśmy swoje tyłki na 200-kilometrowy strajk do parku narodowego. Ale to nie był komfort, w małej walizce, w której była też bomba gazowa, mogliśmy zmieścić tylko dwa plecaki.

Rezerwacje na kempingu Grey

Kto by pomyślał, że wygraliśmy, zawiodę się. Największa walka dopiero miała nadejść. Przy wejściu do rezerwacji należało uiścić wpisowe, a następnie udokumentować opłacone lub zarezerwowane miejsce w obozach. Oczywiście, że tego nie mieliśmy. Staraliśmy się wyjaśnić to strażnikom w każdy możliwy sposób. Byłem zdenerwowany, ale strażnicy byli nieugięci i nie chcieli wpuścić nas do parku dłużej niż jeden dzień bez niezbędnych dokumentów. W takim razie nie! Nie polecieliśmy teraz dookoła świata, żeby się odwrócić! Zapłaciliśmy za wstęp i wrócimy dzisiaj. Przyjechaliśmy do następnego zameldowania z nocnym życiem. Nie wiem nawet, czego się spodziewaliśmy, ale od razu powiedzieli nam, że nie ma dla nich miejsca i że nic nie mogą dla nas zrobić. Musieliśmy jednak wyglądać na naprawdę zdesperowanych i nieszczęśliwych, bo w końcu młoda dama narysowała iskierkę nadziei w postaci rezerwacji na kemping Grey, którą ktoś odwołał. Była w obozie po drugiej stronie trekkingu, szlibyśmy około pięciu dni. Ale rezerwowała za dwa dni. Oznaczało to więc spędzenie jednej nocy na kempingu przed bramą parku, wsiadanie do autobusu rano, podejście do katamaranu i wreszcie spacer. Oceniliśmy to jako prawdziwy wariant. Zgodziliśmy się, przyjęliśmy potwierdzenie rezerwacji i podziękowaliśmy pannie. Obóz Gray był dla nas punktem wyjścia do wędrówki na W.

Noc na kempingu przed parkiem narodowym

Tak więc pierwszej nocy rozbiliśmy namioty w obozie, który jako jedyny był poza parkiem narodowym i skąd rano odjeżdżał autobus. Widok masywów skalnych był więcej niż wystarczającą plamą na dzisiejszy dzień niepowodzenia. Rozmawialiśmy, rozbiliśmy namioty i zaczęliśmy się doczekać. Ugotowaliśmy obiad, piliśmy i po raz pierwszy zauważyłem, że na półkuli południowej jest niebo, którego nie znam z Czech. Konstelacja obcych migotała nad wieżami Torres del Paine i zdałem sobie sprawę, że jestem naprawdę daleko od domu.

Noc na kempingu przed parkiem narodowym
Autor: Luděk Sztefek © gigaplaces.com

Żegluga przez jezioro Nordenskjöld

Naszym zadaniem było zdążyć na czas i złapać autobus, który zabrał nas na katamaran. Po zamieszaniu i późnym wypłynięciu ze statku dogoniliśmy statek. Chociaż początkowo rejs nie był uwzględniony w naszych planach, ostatecznie był to wspaniałe przeżycie. Świeciło słońce, wiatr mierzwił nam włosy, a my cieszyliśmy się niepowtarzalnymi widokami masywów skalnych.

Żegluga przez jezioro Nordenskjöld
Autor: Luděk Sztefek © gigaplaces.com

Lake Grey

Po przybyciu na kontynent zjedliśmy obiad, otrzymaliśmy obietnicę kolejnej nocy od miłej młodej recepcjonistki i wreszcie wyruszyliśmy w dzicz. Przed nami otwierała się sceneria z jeziorem Grey po lewej i szczytami górskimi po prawej.

Lake Grey
Autor: Luděk Sztefek © gigaplaces.com

Widok z szarego lodowca

Widok ze ścieżki do Szarego Lodowca

Widok z szarego lodowca
Autor: Luděk Sztefek © gigaplaces.com

Szary lodowiec

Następnego dnia po śniadaniu znów udaliśmy się na lodowiec. Było ponuro, ale nie padało, a pokrywa lodowa zmieniła kolor ze stalowo-szarego na turkusowy. Niespodziewanie spędziliśmy tam ponad godzinę.

Szary lodowiec
Autor: Luděk Sztefek © gigaplaces.com

Widok Cerro Paine Grande z Mirador Valle del Francés

Podróż powrotna do miejsca, w którym wylądował katamaran, nie wydawała się już taka trudna. Może dlatego, że słońce tak bardzo nie piekło. Ponownie zjedliśmy lunch nad jeziorem Pehoé i udaliśmy się na drugą stronę – kolejny etap W trekkingu. Towarzyszyły nam góry, mleczno-turkusowe jezioro, a białe pnie zwęglonych drzew dopełniały patagoński krajobraz. Giganci z Cuernos del Paine tu i ówdzie wynurzali się z mgły przed nami. Nawet bez wcześniejszej rezerwacji zostawili nas w obozie Italiano, który jest biednym obozem bez usług, ale jest darmowy i i tak niczego nie potrzebujemy. W nocy padało bohužel Niestety nie ustało nawet nad ranem. Ubieramy się w sprzęt gore-tex. Honza postanowiła w ogóle nie jechać z nami, Kamila po kilku chwilach zrezygnowała z walki. Podeszliśmy z Luďkiem do pierwszego lustra – miejsca, w którym najlepiej obserwować góry – ale nie oferowało nam ono nic poza mgłą i znowu tylko mgłą. Postanowiliśmy więc nie kontynuować i rozpoczęliśmy zejście z powrotem do obozu. Następnego ranka wciąż padało, więc przewróciłem się i spałem dalej. Kiedy obudziłem się po raz drugi, nie padało. Wyjrzałem z namiotu i nie znałam otoczenia – och widoki! Kiedy gotowałem śniadanie, podszedł do nas kierownik obozu i taktownie zaproponował, żebyśmy wyszli. Umyliśmy więc brudne namioty wodą z rzeki z gliny, spakowaliśmy plecaki i po prostu poszliśmy na punkt widokowy Britanico z przekąską. Pogoda poprawiała się z każdą godziną, a tam, gdzie poprzedniego dnia było mglisto, nagle wznosiły się masywne szczyty górskie. Cieszył nas również fakt, że nie musimy się spieszyć. Zjedliśmy na lunch kawałek chleba, ale z widokiem na Cerro Paine Grande.

Widok Cerro Paine Grande z Mirador Valle del Francés
Autor: Luděk Sztefek © gigaplaces.com

Widok na Cuernos del Paine

Widoki na W-trek zapierają dech w piersiach

Widok na Cuernos del Paine
Autor: Luděk Sztefek © gigaplaces.com

Niesamowite widoki na Cerro Cabeza del Indio z Mirador Británico

Na lustrze Britanico byliśmy otoczeni górami z trzech stron świata – skalistymi masywami o takich kształtach, że przecinały nas widoki. Do obozu wróciliśmy prawie po ciemku, ale nie mogliśmy zostać następnej nocy, musieliśmy jechać dalej do obozu Francais. Tu już musieliśmy płacić, ale był to malowniczy obóz, w którym na małych drewnianych platformach rozstawiono namioty wśród drzew.

Niesamowite widoki na Cerro Cabeza del Indio z Mirador Británico
Autor: Luděk Sztefek © gigaplaces.com

Mleczno-turkusowe wody jeziora Nordenskjöld

Następny poranek był leniwy i wyruszyliśmy wystarczająco późno na ile kilometrów przed nami. Spacerowaliśmy po jeziorze Nordenskjöld. Wycieczka nie była trudna, mogliśmy się dobrze bawić, a nawet zatrzymaliśmy się na kamienistej plaży, jakbyśmy się kąpali. Jest lato, świeci słońce, więc tak nie jest. W końcu mogliśmy tylko moczyć stopy – ledwie do kolan. Jezioro Holt Glacial Lake jest lodowate nawet pod koniec lata Patagonii. Dotarliśmy do obozu o wpół do szóstej. Rankiem obudził nas ryk wielkich ptaków. A że nasza wiedza ornitologiczna nie jest wielka, po ich pojawieniu się nadano im przydomek – gęsi bażanty. Nasza strategia była jasna – dotrzeć na najwyższy kemping Torres, skąd wczesnym rankiem możemy udać się na wieże Torres del Paine i złapać wschód słońca. Dobroczyńca poradził nam, że im później przyjedziemy, tym większe będzie prawdopodobieństwo, że nas tam zatrzymają. Nie spieszyliśmy się więc rano – praliśmy, braliśmy prysznic, kupowaliśmy, jedliśmy i piliśmy. Zjedliśmy lunch z popularnym makaronem z tuńczykiem, zapakowanymi skrzypcami i pojechaliśmy w góry. Droga była stroma, zrobiliśmy jedyną przerwę w obozie Chileno. Na zewnątrz było zimno, więc weszliśmy do pomieszczenia, które w jednym pełniło funkcję recepcji i restauracji. Musieliśmy się pobrać, a Luděk zabrał zagraniczne klapki w przekonaniu, że to pantofle skarbowe. Piliśmy drinki i na krótko przed szóstą pojechaliśmy do Camp Torres. Kamila i ja dostroiliśmy strategię po drodze, abyśmy mogli spędzić noc w obozie. Cóż, jako blondynka zrobiła cukierki na menadżera, a my już rozbijaliśmy namioty. Ale chłopcy byli dobrzy i mili, więc rozstaliśmy się z odrobiną śliwowicy – wspaniałej międzynarodowej waluty!

Mleczno-turkusowe wody jeziora Nordenskjöld
Autor: Luděk Sztefek © gigaplaces.com

Świt na granitowych wieżach Torres del Paine

Wstawanie o piątej rano nie należy do moich hobby, ale było warto. Ubraliśmy się odpowiednio, wzięliśmy reflektory, włożyliśmy czekoladę do kieszeni… Kiedy około szóstej rano dotarliśmy do zębów Torresa del Paine, niebo za nami zrobiło się różowe. Skały nadal były pogrążone w ciemności, a miejsce to tchnęło mistyczną atmosferą. Po kilku chwilach góry zaczęły czerwienić się – najpierw różowe, potem czerwone, a na końcu złote. Na górze jedliśmy batony proteinowe i wkładaliśmy wszystko, co mieliśmy ze sobą. Zima była ciężka, wiał wiatr, więc bardzo zaskoczył nas chłopak w spodenkach. Kiedy mieliśmy już siebie dość i westchnęliśmy na widok piękna, wróciliśmy do obozu – na dobre śniadanie i gorącą herbatę. A także spakować namiot, żebyśmy mogli złapać autobus z powrotem do Laguna Amarga o godzinie 14, skąd autobus odjeżdża o 14:30 do Puerto Natales. Droga w dół była takim upadkiem, że dotarliśmy godzinę wcześniej.

Świt na granitowych wieżach Torres del Paine
Autor: Luděk Sztefek © gigaplaces.com
Oklaskuj autora artykułu!
Udostępnij to:

Praktyczne informacje

Dzięki!

Czy byłeś tam? Napisz recenzję tego miejsca

Już ocenione 2 podróżnicy

Czy byłeś tam? Napisz recenzję tego miejsca

Musisz być zalogowany, aby opublikować recenzję lub