Słowenia

Ostatnie słowo to zawsze góra

Triglav - Tomiškova cesta

Ona napisała 3 artykuły
(1 ocena)
Ostatnie słowo to zawsze góra
Wstawiony: 15.11.2019
© gigaplaces.com
Nadaje się do:
Poszukiwacze przygód
Podróżnicy

Triglav 2864 m n.p.m. to najwyższa góra Słowenii i Alp Julijskich, położona w jedynym NP w Słowenii – Parku Narodowym Triglav, który jest wpisany na listę UNESCO. Sylwetka góry jest przedstawiona zarówno na herbie Słowenii, jak i na fladze słoweńskiej i została nazwana na cześć Trihlav, starożytnego trójgłowego bóstwa słowiańskiego.

Zaczynamy w Bledzie

Krótki postój nad jeziorem Bled

Szczyt ten przyciąga wielu turystów, podróżników i miłośników gór. Dlatego po długiej dyskusji utworzyliśmy czteroosobową grupę, w której członkach jestem najbardziej doświadczonym alpinistą Kamča, który już wspiął się na Triglav, dlatego mam wielkie wsparcie, kolejnym członkiem jest Verča, doświadczony wspinacz i jej przyjaciółka Evka, która jest mało doświadczoną turystyką, to dla niej ogromne wyzwanie – tak jak dla każdego z nas. Nasza trasa planowana jest z postojem w miejscowości Bled, gdzie płyniemy statkiem pletna wzdłuż jeziora Bled, na wyspie Blejsky Otok skosztujemy doskonałych lokalnych lodów i pędzimy z powrotem do samochodu. Jedziemy dalej do Jezernicy, w Mojstranie skręcamy w lewo i zakurzoną, kamienistą, stromo wznoszącą się drogą dojeżdżamy do Domu Aljaževa (1015 m n.p.m.) – schroniska górskiego w dolinie Vraty, który stanie się naszym schronieniem dla następnych dwa dni. Następnego dnia budzimy się do pięknego, słonecznego dnia io 8:00 rano iz podstawowym wyposażeniem (koty, siodełko ferrata i kaski), jedzeniem i piciem na cały dzień wyruszamy z parkingu najpierw wzdłuż szeroka, kamienista ścieżka prowadząca do Pomnika Poległych Partyzantów. Po chwili skręcamy w lewo, gdzie przekraczamy wyschniętą rzekę Triglavską Bistricę i wyruszamy na ścieżkę Tomiška, jedną z trzech tradycyjnych ścieżek prowadzących na szczyt. Teraz już od kilku godzin szliśmy pod górę. Dość często po drodze mijamy przybite do skały pomniki z nazwiskami ofiar, które straciły życie podczas walki z piorunami podczas walki z Triglavem. Ponieważ wiedziałem z dawnych czasów, że Triglav stał się tzw. Piorunochronem Europy na wypadek nagłej zmiany pogody, dzięki pewnym odcinkom zabezpieczonym zszywkami i stalowymi balustradami, był to jedyny raz, kiedy mróz spływał po moich plecach. Czas mijałem taki pomnik. Jednak pogoda dopisuje, po drodze robimy zdjęcia, kochamy się, Evka i Verča czasami robią sobie przerwę na papierosa i ruszają dalej. Po kilku godzinach teren staje się trudniejszy, bardziej wymagający, wyciągamy zestaw ferraty z plecaka, zakładamy kaski i każdy skupiamy się na sobie. Po drodze odświeżymy się lodowata woda z górskich źródeł płynąca dzięki lodowcowi pod szczytem. Pierwsza to Kamča, tuż za mną i po obejrzeniu się okazuje się, że Evka i Verča są jakoś w tyle. Pierwszą rzeczą, która przychodzi mi do głowy, jest to, że znowu zrobili sobie przerwę na palenie i że nas zabraknie. Ale różnica między nami się powiększa, więc Kamča i ja zatrzymujemy się i czekamy na resztę zespołu. Kiedy znów jesteśmy razem, Kamča i ja mamy przed sobą złe wieści. Evka mówi nam, że nie może już iść, że będzie podążać za nami powoli. Byliśmy dopiero w połowie wspinaczki, spóźnialiśmy się bardzo, a czas płynął nieubłaganie. Coraz częściej więc robiliśmy sobie przerwy na odpoczynek, przy drogowskazie łączącym naszą ścieżkę z inną, raczej opadającą ścieżką, zwaną Pot Čez Prag, Verča przyznaje też, że nie ma już siły, by iść dalej. Ukończyliśmy już wymagający odcinek ferraty, ale czekało nas kolejne trudne podejście nad Mali Triglav (2739 m npm). Ale żadna z dziewcząt nie chciała się poddać. Z powodu braku doświadczenia i ignorancji dziewczyny zachowywały spokój, wręcz przeciwnie, w mojej głowie zaczęły powstawać plany i myśli o tym, jak sobie z tym poradzić. Przekroczyliśmy śnieżne pole, przywitaliśmy się kilkoma koziorożcami alpejskimi, towarzystwo załatwia grupa niemieckojęzycznych turystów. Jest 16:00 i właśnie mijamy Triglav House (2515 m npm), gdzie po ocenie sytuacji proponuję przespać się w tym domku i zejść rano. Dziewczyny od razu odrzucają tę możliwość słowami: „Damy radę, chłopcy też to odwrócili w jeden dzień”. Wkrótce stajemy pod szczytem Małego Triglavu. Wchodzimy na skąpo zabezpieczoną ferratę i po godzinie na bardzo odsłoniętym chodniku stajemy na szczycie Triglav przy metalowej „rakiecie“ zwanej Aljažev stolp (2864 m npm). Evka i Verča są wyczerpane, ale szczęśliwe, że to zrobiły. Ale z doświadczenia wiem, że najgorsze dopiero nadejdzie – kilka godzin drogi powrotnej do Aljažev Dom. Stoimy kilka minut na „dachu” Alp Julijskich i staramy się zapamiętać piękne widoki okolicznych wzgórz, zrobić kilka zdjęć i czas zejść. Zauważam, że chmury z zachodu rosną, a biorąc pod uwagę, że spóźniliśmy się 4 godziny na górę, jest całkiem zrozumiałe, ile czasu zajmie nam zejście, i nie mówię o wyczerpaniu dwóch członków naszego zespołu. W drodze powrotnej do Triglav House kilka razy spoglądam wstecz, a gdy stalowym chmurom towarzyszy lekki grzmot, wypowiadam jasną opinię: „Dziewczyny, zostajemy tu na noc, spotkamy się rano. Chmury burzowe zbliżają się z zachodu, a zejście w dół zajmie nam tyle samo czasu, co w górę, nie możemy ryzykować. ”Otrzymuję tylko odmienne odpowiedzi, mówiąc, że damy radę. Nic nie zrobię, jeszcze kilka razy powiem im, że ich decyzja nie jest słuszna, ale warto. A moja natura nie pozwoli mi podzielić zespołu. Przed 18.00 wyruszyliśmy w podróż powrotną, podróż, która wkrótce zamieni się w walkę o życie i której nigdy w życiu nie zapomnę. Powoli schodzimy, stopień Evki i Verča staje się coraz trudniejszy, odległości między nami rosną. Po drodze nie spotykamy już nikogo, kto tego dnia się wspinał, zostaje na górze w domku i rano wraca. Zgodnie z zaleceniami. W towarzystwie grzmotów i oślepiających błyskawic chmury burzowe zbliżają się do świętej góry i zaczynają nas ostrzegać. Niebo się otwiera i zaczyna mocno padać. Góra nas blokuje i nie mamy pojęcia, co zamierza z nami zrobić. W chwili, gdy schodzimy z ostatniego zabezpieczonego odcinka, gdzie jesteśmy przypięci żelaznymi karabinkami do żelaznych poręczy i zszywek, w mojej głowie odbijają się wszystkie pomniki, które spotkaliśmy na górze. Nikt nie chce, żeby było ich więcej, przynajmniej nie dlatego, że dziewczyny nie znają ich znaczenia. A teraz z pewnością nie mam czasu, aby je wyjaśnić. Evka odpina ostatni karabinek, sprzęt chowamy do plecaka. Staram się zachęcić dziewczyny do szybszego chodzenia, abyśmy mogli jak najszybciej zejść co najmniej kilka metrów niżej, gdzie ryzyko porażenia piorunem jest przynajmniej trochę zmniejszone. Jednak z powodu ulewnego deszczu teren staje się znacznie trudniejszy, śliski, dlatego musimy dołożyć większych starań, aby żadne z nas nie poślizgnęło się ani nie zjechało ze stromej, skalistej ściany. Dochodzimy do skrzyżowania, gdzie Kamča sugeruje: „Tutaj jest krócej na prawo, chodźmy tą drogą.” Evka i Verča słyszą teraz każde słowo zbawienia, jestem ostrożniejszy i odrzucam tę sugestię. Dziewczyny znów próbuję przekonać: „Jedźmy tą samą drogą, nie ma czasu do stracenia.” Niestety znowu dominacja, więc ruszyliśmy wąską ścieżką w prawo. Staram się zachować zimną krew, pamiętam wszystkie instrukcje „Jak zachowywać się w górach podczas burzy”, których nie zdarzyło mi się przeczytać na dwa dni przed wyjazdem. Nagle krzyczę: „Polacy, natychmiast włóżcie te kijki do plecaka!” Dziewczyny nie rozumieją, nie potrafią logicznie myśleć, zaczynają być w szoku. Teraz Kamča dołączył do mojej grupy do wyczerpanej Verczy, Evče również dodał do sytuacji. Po półtorej godzinie marszu przez nieznany teren zatrzymuje nas szeroka na 4 metry śnieżna kraina o nachyleniu 45 stopni, którą musimy pokonać. Zanim będę mógł ocenić sytuację, Kamča zakłada swoje koty, z przerażeniem w oczach i stukniętymi kolanami, ma zamiar nadepnąć dzięki ulewnemu deszczowi i miękkiemu śniegu. Natychmiast ją zatrzymuję, to zbyt ryzykowne, Verča i Evka panikują i płaczą. Pomiędzy szlochami rozpoznaję słowa: „Nie chcę umrzeć, chcę zobaczyć mojego syna”. Wolałbym raczej uderzyć dziewczyny po obu stronach, aby dojść do siebie, ale na razie tylko podnoszę głos i decydując się na niezwłoczny powrót do drogowskazu. Ale to oznacza kolejne półtorej godziny w dodatkowej burzy i ulewnym deszczu. Serce wali mi w gardle, staram się odpędzić najgorsze myśli tak szybko, jak się pojawiają. Po kilku metrach natrafiamy na mniejszą jaskinię, której znaczenie jest jedyną rzeczą, w której dziewczyny mogą się w niej ukryć. Znowu jestem temu przeciwny, ponieważ jest to kolejna strata czasu i nie jest tak bezpieczny, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Chcą tam poczekać do rana, błagając mnie, żebym wezwał helikopter, ale żadna z opcji nie jest dla mnie do przyjęcia. Pytam ich: „Czy macie napoje i jedzenie do rana, czy macie suche ubrania, żebyśmy się nie przeziębili?” Odpowiedzi znałem z góry: „Nie mamy”. Helikopter był nie do pomyślenia, po pierwsze w tym stresie psychicznym nikt z nas nie potrafił dokładnie opisać, gdzie się znajdujemy. po drugie, teren był trudno dostępny, więc akcja ratunkowa nie mogła zostać przeprowadzona, w sumie silna burza, wiatr i deszcz sprawiły, że trudniejsze warunki dla wszelkich działań. Wspinamy się jak najdalej do błotnistej jaskini, zdejmujemy plecaki i po prostu kucamy. Najgorzej wypadły Evka i Verča, zaczęły histerycznie wymiotować i jęczeć. Kamcha też jest na dole psychicznie, ale przynajmniej jest cichy. Staram się ich nie ponieść, biorę pustą butelkę wody i napełniam ją kroplami spływającymi po krawędzi skały. Pamiętam, jaki odcinek drogi i jakie przeszkody mamy jeszcze przed sobą, ale teraz nie ma już powrotu. Wydaje nam się, że burza nieco się uspokoiła, wychodzimy z jaskini, rozglądamy się, jakbyśmy właśnie obudzili się ze snu. Burza przesunęła się na północny wschód, błyskawica była widoczna tylko z daleka. Jestem pierwszą, która zrobiła szybki krok. dziewczyny trzymają się razem, wspierają i pocieszają się nawzajem. Nagle grzmi nad naszymi głowami i jest dla nas jasne, że burza wróciła. Ogarnia nas kolejna fala rozpaczy, strachu i beznadziejności, ale jak mówią, nadzieja umiera ostatnia. To było tak, jakby natura podpowiadała nam, że z nami to jeszcze nie koniec. Wydaje mi się, że dziewczyny zaczynają się teraz obwiniać za to, że nie zostaną w tej chacie pod szczytem do rana, ale teraz jest już za późno na jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Jesteśmy teraz i tutaj, w centrum burzy, na górze, która jest jedną z pierwszych, które uderzył piorun w Europie. W momencie, gdy przez naszą ścieżkę przetnie się silny strumień błotnistej, kamienistej wody spływającej ze ściany w prawo, ja też będę niepewny. Zadaję sobie pytanie: „To tam poszliśmy, czy to właściwa droga?” Nie ma zbyt wiele czasu na myślenie i porównywanie drogi z mapą, nie ma czasu na powrót i szukanie alternatywnej drogi, więc pracujemy razem przekroczyć nowo powstałą rzekę i ruszyć dalej. Takich niespodzianek spotkamy na trasie więcej, a wszystko to za sprawą ulewnego deszczu, który totalnie zmienił charakter terenu. Na szczęście na jednym kamieniu widzę znak drogowy, który jest wskaźnikiem dokładności. Jest ulga, przynajmniej chwilowa. Ponieważ wyschnięte koryto Triglavskiej Bistricy, przez które przeszliśmy rano tuż po wyjściu z chaty, staje się teraz dla nas absolutnie niemożliwe. Błotnista woda przetacza się po skałach, silny prąd zrywa gałęzie i pnie drzew. Wciąż mocno pada, grzmoty odbijają się od ścian góry, pioruny rozświetlają niebo tworząc niesamowite sceny. Burza odwraca się jeszcze kilka razy, jakby nie chciała się z nami pożegnać. Ale teraz całą naszą uwagę poświęcamy przygotowaniu planu przedostania się na drugą stronę tej burzliwej rzeki. Staramy się iść w górę i w dół, aby znaleźć przynajmniej trochę wykonalne miejsce. W końcu znajdujemy się po kolana w wodzie, ale po drugiej stronie bezpieczni. Jakby ta rzeka była ostatnią próbą, symbolicznymi drzwiami, które zamknęliśmy za sobą. Odczuwamy wielką ulgę, ale w grupie jest zmęczenie. Idziemy przez las wzdłuż rzeki, aż wśród drzew migocze światło z Aljažev Dom. Nie mogę uwierzyć własnym oczom, jesteśmy bezpieczni, zdrowi i żywi. Dziewczyny idą kilka metrów za mną. Właścicielka domu wita nas na tarasie, przytula nas wszystkie płacząc jak własne córki i cieszy się, że znów nas widzi. Patrzy na zegarek, wskazówki wskazują 23:50. Drżącym głosem dodaje: „Byłam zdeterminowana, by poczekać do północy, a potem ogłosić wam operację poszukiwawczą.” Dziękujemy jej, nie możemy zrobić więcej, ale czasami nie potrzeba ani słowa. Po cichu wchodzimy do pokoju, każdy zasypia z myślami. Następnego dnia czeka nas podróż do domu, podczas której panuje wyjątkowa atmosfera, jakby każdy mył się z własnych uczuć. Niezależnie od tego, czy jest to poczucie zwycięstwa, porażki czy pokory, cieszymy się, że żyjemy i jesteśmy z powrotem na autostradzie prowadzącej do domu. Nie potrafię tego wytłumaczyć inaczej niż to, że natura chciała, żebyśmy tu zostali, dała nam drugą szansę. Szansa na bycie lepszym i pokazanie, że rozumiemy znaczenie „zabawy”. To było dla mnie ogromne doświadczenie i za każdym razem, gdy zabieram kogoś w góry, będę się kierował zasadą „Ufaj, ale sprawdzaj”. Mam jeszcze większy szacunek i szacunek do gór niż przed Triglavem. Czy to Jesioniki, Krknoše czy Alpy, zawsze wychodzę w góry z pokorą. Julius Kugy, słynny odkrywca Alp Julijskich, napisał w swojej książce (Z życia alpinisty) „Triglav to nie tylko góra, Triglav to królestwo”. Nie mógł polepszyć się. To królestwo, w którym każdy ma otwarte drzwi, od każdego zależy, czy zamkną drzwi, czy góra pozwoli im wrócić.

Zaczynamy w Bledzie

Krótki postój nad jeziorem Bled

Szczyt ten przyciąga wielu turystów, podróżników i miłośników gór. Dlatego po długiej dyskusji utworzyliśmy czteroosobową grupę, w której członkach jestem najbardziej doświadczonym alpinistą Kamča, który już wspiął się na Triglav, dlatego mam wielkie wsparcie, kolejnym członkiem jest Verča, doświadczony wspinacz i jej przyjaciółka Evka, która jest mało doświadczoną turystyką, to dla niej ogromne wyzwanie – tak jak dla każdego z nas. Nasza trasa planowana jest z postojem w miejscowości Bled, gdzie płyniemy statkiem pletna wzdłuż jeziora Bled, na wyspie Blejsky Otok skosztujemy doskonałych lokalnych lodów i pędzimy z powrotem do samochodu. Jedziemy dalej do Jezernicy, w Mojstranie skręcamy w lewo i zakurzoną, kamienistą, stromo wznoszącą się drogą dojeżdżamy do Domu Aljaževa (1015 m n.p.m.) – schroniska górskiego w dolinie Vraty, który stanie się naszym schronieniem dla następnych dwa dni. Następnego dnia budzimy się do pięknego, słonecznego dnia io 8:00 rano iz podstawowym wyposażeniem (koty, siodełko ferrata i kaski), jedzeniem i piciem na cały dzień wyruszamy z parkingu najpierw wzdłuż szeroka, kamienista ścieżka prowadząca do Pomnika Poległych Partyzantów. Po chwili skręcamy w lewo, gdzie przekraczamy wyschniętą rzekę Triglavską Bistricę i wyruszamy na ścieżkę Tomiška, jedną z trzech tradycyjnych ścieżek prowadzących na szczyt. Teraz już od kilku godzin szliśmy pod górę. Dość często po drodze mijamy przybite do skały pomniki z nazwiskami ofiar, które straciły życie podczas walki z piorunami podczas walki z Triglavem. Ponieważ wiedziałem z dawnych czasów, że Triglav stał się tzw. Piorunochronem Europy na wypadek nagłej zmiany pogody, dzięki pewnym odcinkom zabezpieczonym zszywkami i stalowymi balustradami, był to jedyny raz, kiedy mróz spływał po moich plecach. Czas mijałem taki pomnik. Jednak pogoda dopisuje, po drodze robimy zdjęcia, kochamy się, Evka i Verča czasami robią sobie przerwę na papierosa i ruszają dalej. Po kilku godzinach teren staje się trudniejszy, bardziej wymagający, wyciągamy zestaw ferraty z plecaka, zakładamy kaski i każdy skupiamy się na sobie. Po drodze odświeżymy się lodowata woda z górskich źródeł płynąca dzięki lodowcowi pod szczytem. Pierwsza to Kamča, tuż za mną i po obejrzeniu się okazuje się, że Evka i Verča są jakoś w tyle. Pierwszą rzeczą, która przychodzi mi do głowy, jest to, że znowu zrobili sobie przerwę na palenie i że nas zabraknie. Ale różnica między nami się powiększa, więc Kamča i ja zatrzymujemy się i czekamy na resztę zespołu. Kiedy znów jesteśmy razem, Kamča i ja mamy przed sobą złe wieści. Evka mówi nam, że nie może już iść, że będzie podążać za nami powoli. Byliśmy dopiero w połowie wspinaczki, spóźnialiśmy się bardzo, a czas płynął nieubłaganie. Coraz częściej więc robiliśmy sobie przerwy na odpoczynek, przy drogowskazie łączącym naszą ścieżkę z inną, raczej opadającą ścieżką, zwaną Pot Čez Prag, Verča przyznaje też, że nie ma już siły, by iść dalej. Ukończyliśmy już wymagający odcinek ferraty, ale czekało nas kolejne trudne podejście nad Mali Triglav (2739 m npm). Ale żadna z dziewcząt nie chciała się poddać. Z powodu braku doświadczenia i ignorancji dziewczyny zachowywały spokój, wręcz przeciwnie, w mojej głowie zaczęły powstawać plany i myśli o tym, jak sobie z tym poradzić. Przekroczyliśmy śnieżne pole, przywitaliśmy się kilkoma koziorożcami alpejskimi, towarzystwo załatwia grupa niemieckojęzycznych turystów. Jest 16:00 i właśnie mijamy Triglav House (2515 m npm), gdzie po ocenie sytuacji proponuję przespać się w tym domku i zejść rano. Dziewczyny od razu odrzucają tę możliwość słowami: „Damy radę, chłopcy też to odwrócili w jeden dzień”. Wkrótce stajemy pod szczytem Małego Triglavu. Wchodzimy na skąpo zabezpieczoną ferratę i po godzinie na bardzo odsłoniętym chodniku stajemy na szczycie Triglav przy metalowej „rakiecie“ zwanej Aljažev stolp (2864 m npm). Evka i Verča są wyczerpane, ale szczęśliwe, że to zrobiły. Ale z doświadczenia wiem, że najgorsze dopiero nadejdzie – kilka godzin drogi powrotnej do Aljažev Dom. Stoimy kilka minut na „dachu” Alp Julijskich i staramy się zapamiętać piękne widoki okolicznych wzgórz, zrobić kilka zdjęć i czas zejść. Zauważam, że chmury z zachodu rosną, a biorąc pod uwagę, że spóźniliśmy się 4 godziny na górę, jest całkiem zrozumiałe, ile czasu zajmie nam zejście, i nie mówię o wyczerpaniu dwóch członków naszego zespołu. W drodze powrotnej do Triglav House kilka razy spoglądam wstecz, a gdy stalowym chmurom towarzyszy lekki grzmot, wypowiadam jasną opinię: „Dziewczyny, zostajemy tu na noc, spotkamy się rano. Chmury burzowe zbliżają się z zachodu, a zejście w dół zajmie nam tyle samo czasu, co w górę, nie możemy ryzykować. ”Otrzymuję tylko odmienne odpowiedzi, mówiąc, że damy radę. Nic nie zrobię, jeszcze kilka razy powiem im, że ich decyzja nie jest słuszna, ale warto. A moja natura nie pozwoli mi podzielić zespołu. Przed 18.00 wyruszyliśmy w podróż powrotną, podróż, która wkrótce zamieni się w walkę o życie i której nigdy w życiu nie zapomnę. Powoli schodzimy, stopień Evki i Verča staje się coraz trudniejszy, odległości między nami rosną. Po drodze nie spotykamy już nikogo, kto tego dnia się wspinał, zostaje na górze w domku i rano wraca. Zgodnie z zaleceniami. W towarzystwie grzmotów i oślepiających błyskawic chmury burzowe zbliżają się do świętej góry i zaczynają nas ostrzegać. Niebo się otwiera i zaczyna mocno padać. Góra nas blokuje i nie mamy pojęcia, co zamierza z nami zrobić. W chwili, gdy schodzimy z ostatniego zabezpieczonego odcinka, gdzie jesteśmy przypięci żelaznymi karabinkami do żelaznych poręczy i zszywek, w mojej głowie odbijają się wszystkie pomniki, które spotkaliśmy na górze. Nikt nie chce, żeby było ich więcej, przynajmniej nie dlatego, że dziewczyny nie znają ich znaczenia. A teraz z pewnością nie mam czasu, aby je wyjaśnić. Evka odpina ostatni karabinek, sprzęt chowamy do plecaka. Staram się zachęcić dziewczyny do szybszego chodzenia, abyśmy mogli jak najszybciej zejść co najmniej kilka metrów niżej, gdzie ryzyko porażenia piorunem jest przynajmniej trochę zmniejszone. Jednak z powodu ulewnego deszczu teren staje się znacznie trudniejszy, śliski, dlatego musimy dołożyć większych starań, aby żadne z nas nie poślizgnęło się ani nie zjechało ze stromej, skalistej ściany. Dochodzimy do skrzyżowania, gdzie Kamča sugeruje: „Tutaj jest krócej na prawo, chodźmy tą drogą.” Evka i Verča słyszą teraz każde słowo zbawienia, jestem ostrożniejszy i odrzucam tę sugestię. Dziewczyny znów próbuję przekonać: „Jedźmy tą samą drogą, nie ma czasu do stracenia.” Niestety znowu dominacja, więc ruszyliśmy wąską ścieżką w prawo. Staram się zachować zimną krew, pamiętam wszystkie instrukcje „Jak zachowywać się w górach podczas burzy”, których nie zdarzyło mi się przeczytać na dwa dni przed wyjazdem. Nagle krzyczę: „Polacy, natychmiast włóżcie te kijki do plecaka!” Dziewczyny nie rozumieją, nie potrafią logicznie myśleć, zaczynają być w szoku. Teraz Kamča dołączył do mojej grupy do wyczerpanej Verczy, Evče również dodał do sytuacji. Po półtorej godzinie marszu przez nieznany teren zatrzymuje nas szeroka na 4 metry śnieżna kraina o nachyleniu 45 stopni, którą musimy pokonać. Zanim będę mógł ocenić sytuację, Kamča zakłada swoje koty, z przerażeniem w oczach i stukniętymi kolanami, ma zamiar nadepnąć dzięki ulewnemu deszczowi i miękkiemu śniegu. Natychmiast ją zatrzymuję, to zbyt ryzykowne, Verča i Evka panikują i płaczą. Pomiędzy szlochami rozpoznaję słowa: „Nie chcę umrzeć, chcę zobaczyć mojego syna”. Wolałbym raczej uderzyć dziewczyny po obu stronach, aby dojść do siebie, ale na razie tylko podnoszę głos i decydując się na niezwłoczny powrót do drogowskazu. Ale to oznacza kolejne półtorej godziny w dodatkowej burzy i ulewnym deszczu. Serce wali mi w gardle, staram się odpędzić najgorsze myśli tak szybko, jak się pojawiają. Po kilku metrach natrafiamy na mniejszą jaskinię, której znaczenie jest jedyną rzeczą, w której dziewczyny mogą się w niej ukryć. Znowu jestem temu przeciwny, ponieważ jest to kolejna strata czasu i nie jest tak bezpieczny, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Chcą tam poczekać do rana, błagając mnie, żebym wezwał helikopter, ale żadna z opcji nie jest dla mnie do przyjęcia. Pytam ich: „Czy macie napoje i jedzenie do rana, czy macie suche ubrania, żebyśmy się nie przeziębili?” Odpowiedzi znałem z góry: „Nie mamy”. Helikopter był nie do pomyślenia, po pierwsze w tym stresie psychicznym nikt z nas nie potrafił dokładnie opisać, gdzie się znajdujemy. po drugie, teren był trudno dostępny, więc akcja ratunkowa nie mogła zostać przeprowadzona, w sumie silna burza, wiatr i deszcz sprawiły, że trudniejsze warunki dla wszelkich działań. Wspinamy się jak najdalej do błotnistej jaskini, zdejmujemy plecaki i po prostu kucamy. Najgorzej wypadły Evka i Verča, zaczęły histerycznie wymiotować i jęczeć. Kamcha też jest na dole psychicznie, ale przynajmniej jest cichy. Staram się ich nie ponieść, biorę pustą butelkę wody i napełniam ją kroplami spływającymi po krawędzi skały. Pamiętam, jaki odcinek drogi i jakie przeszkody mamy jeszcze przed sobą, ale teraz nie ma już powrotu. Wydaje nam się, że burza nieco się uspokoiła, wychodzimy z jaskini, rozglądamy się, jakbyśmy właśnie obudzili się ze snu. Burza przesunęła się na północny wschód, błyskawica była widoczna tylko z daleka. Jestem pierwszą, która zrobiła szybki krok. dziewczyny trzymają się razem, wspierają i pocieszają się nawzajem. Nagle grzmi nad naszymi głowami i jest dla nas jasne, że burza wróciła. Ogarnia nas kolejna fala rozpaczy, strachu i beznadziejności, ale jak mówią, nadzieja umiera ostatnia. To było tak, jakby natura podpowiadała nam, że z nami to jeszcze nie koniec. Wydaje mi się, że dziewczyny zaczynają się teraz obwiniać za to, że nie zostaną w tej chacie pod szczytem do rana, ale teraz jest już za późno na jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Jesteśmy teraz i tutaj, w centrum burzy, na górze, która jest jedną z pierwszych, które uderzył piorun w Europie. W momencie, gdy przez naszą ścieżkę przetnie się silny strumień błotnistej, kamienistej wody spływającej ze ściany w prawo, ja też będę niepewny. Zadaję sobie pytanie: „To tam poszliśmy, czy to właściwa droga?” Nie ma zbyt wiele czasu na myślenie i porównywanie drogi z mapą, nie ma czasu na powrót i szukanie alternatywnej drogi, więc pracujemy razem przekroczyć nowo powstałą rzekę i ruszyć dalej. Takich niespodzianek spotkamy na trasie więcej, a wszystko to za sprawą ulewnego deszczu, który totalnie zmienił charakter terenu. Na szczęście na jednym kamieniu widzę znak drogowy, który jest wskaźnikiem dokładności. Jest ulga, przynajmniej chwilowa. Ponieważ wyschnięte koryto Triglavskiej Bistricy, przez które przeszliśmy rano tuż po wyjściu z chaty, staje się teraz dla nas absolutnie niemożliwe. Błotnista woda przetacza się po skałach, silny prąd zrywa gałęzie i pnie drzew. Wciąż mocno pada, grzmoty odbijają się od ścian góry, pioruny rozświetlają niebo tworząc niesamowite sceny. Burza odwraca się jeszcze kilka razy, jakby nie chciała się z nami pożegnać. Ale teraz całą naszą uwagę poświęcamy przygotowaniu planu przedostania się na drugą stronę tej burzliwej rzeki. Staramy się iść w górę i w dół, aby znaleźć przynajmniej trochę wykonalne miejsce. W końcu znajdujemy się po kolana w wodzie, ale po drugiej stronie bezpieczni. Jakby ta rzeka była ostatnią próbą, symbolicznymi drzwiami, które zamknęliśmy za sobą. Odczuwamy wielką ulgę, ale w grupie jest zmęczenie. Idziemy przez las wzdłuż rzeki, aż wśród drzew migocze światło z Aljažev Dom. Nie mogę uwierzyć własnym oczom, jesteśmy bezpieczni, zdrowi i żywi. Dziewczyny idą kilka metrów za mną. Właścicielka domu wita nas na tarasie, przytula nas wszystkie płacząc jak własne córki i cieszy się, że znów nas widzi. Patrzy na zegarek, wskazówki wskazują 23:50. Drżącym głosem dodaje: „Byłam zdeterminowana, by poczekać do północy, a potem ogłosić wam operację poszukiwawczą.” Dziękujemy jej, nie możemy zrobić więcej, ale czasami nie potrzeba ani słowa. Po cichu wchodzimy do pokoju, każdy zasypia z myślami. Następnego dnia czeka nas podróż do domu, podczas której panuje wyjątkowa atmosfera, jakby każdy mył się z własnych uczuć. Niezależnie od tego, czy jest to poczucie zwycięstwa, porażki czy pokory, cieszymy się, że żyjemy i jesteśmy z powrotem na autostradzie prowadzącej do domu. Nie potrafię tego wytłumaczyć inaczej niż to, że natura chciała, żebyśmy tu zostali, dała nam drugą szansę. Szansa na bycie lepszym i pokazanie, że rozumiemy znaczenie „zabawy”. To było dla mnie ogromne doświadczenie i za każdym razem, gdy zabieram kogoś w góry, będę się kierował zasadą „Ufaj, ale sprawdzaj”. Mam jeszcze większy szacunek i szacunek do gór niż przed Triglavem. Czy to Jesioniki, Krknoše czy Alpy, zawsze wychodzę w góry z pokorą. Julius Kugy, słynny odkrywca Alp Julijskich, napisał w swojej książce (Z życia alpinisty) „Triglav to nie tylko góra, Triglav to królestwo”. Nie mógł polepszyć się. To królestwo, w którym każdy ma otwarte drzwi, od każdego zależy, czy zamkną drzwi, czy góra pozwoli im wrócić.

Oklaskuj autora artykułu!
Udostępnij to:

Praktyczne informacje

Dzięki!

Czy byłeś tam? Napisz recenzję tego miejsca

Już ocenione 1 podróżny

Czy byłeś tam? Napisz recenzję tego miejsca

Musisz być zalogowany, aby opublikować recenzję lub